Ważni są ludzie - wywiad z Kamilem Stochem

Autor 
Anna Durajska i Piotr Idzikowski, Grupa ATLAS
29.12.2017Komentarze (0)

Tegoroczny zbliżający się sezon narciarski stał się dla nas okazją do spotkania z Kamilem Stochem - reprezentantem Polski i naszej marki. Zapytaliśmy go, skąd czerpie siłę do sportowej walki, jak walczy ze stresem i jakie ma plany na przyszłość.

ATLAS fachowca: Jak wygląda dzień z życia Kamila Stocha latem, a jak zimą? Czym skoczek zajmuje się w sezonie, a czym poza sezonem?
Kamil Stoch: Skoczek ma raczej monotonne życie, jeżeli chodzi o tryb treningowy. Zimą jest dużo więcej wyjazdów – praktycznie co weekend startujemy w zawodach. Latem natomiast mamy więcej zgrupowań, a mniej startów. Dla mnie nie jest to jednak monotonia, ale pasja, a raczej praca powiązana z pasją. Każdy trening stanowi wyzwanie, mimo że każdy jest prawie identyczny. Traktuję to nie jak rodzaj obowiązków, które muszę wykonać i zapomnieć, tylko jak drogę, która przybliża mnie do sukcesu.
 

AF: Czy latem masz więcej czasu dla siebie i rodziny?
K.S.: Zdecydowanie. Mam więcej czasu wolnego dla najbliższych, żony, na wspólne spędzenie urlopu. Zimą od połowy listopada do końca marca praktycznie nie mam chwili dla siebie. Maksymalnie mam dwa dni wolnego w tygodniu, czasem wcale.
 

AF: Każdy z nas miewa trudne dni. Budzi się rano i myśli: „Nie wstaję. Biorę wolne”. Czy Tobie też się to przytrafia? Czy skoczek w ogóle może sobie na to pozwolić? Co wtedy Cię mobilizuje?
K.S.: Oczywiście, że bywają takie dni, kiedy budzę się rano, cały obolały po ciężkim treningu czy zawodach. Otwieram wtedy oczy i myślę: „Nie wstaję dzisiaj”. Ale z drugiej strony mam swoje obowiązki, jak nie sportowe, to domowe, które muszę wykonać, więc gdzieś tę motywację w sobie znajduję, aby się podnieść z łóżka. Na szczęście takich dni mam naprawdę niewiele w roku. Budząc się rano, wiem, co chcę zrobić danego dnia, po co chcę to zrobić i dlatego wstaję chętnie.
 

AF: Czy odczuwasz tremę związaną z występami na skoczni?
K.S.: Oczywiście. Nie jesteśmy maszynami zaprogramowanymi na określony tryb pracy. Czujemy to, co dzieje się wokół nas. Tak jak inni ludzie mam lepsze momenty, kiedy bez trudu radzę sobie z danym wyzwaniem. Bywają też takie chwile, że wystarczy drobiazg, by mnie rozproszyć. Potem trudno mi się skoncentrować i dobrze wykonać swoje zadanie. Mam sposoby na radzenie sobie ze stresem, wyćwiczone przez lata startów, pracowałem też kiedyś z psychologiem sportowym, dzięki czemu poznałem pewne mechanizmy opanowywania stresu.
 

AF: A zdradzisz choć jeden sposób?
K.S.: Owszem. To jest przede wszystkim wiara w swoje umiejętności, koncentracja na zadaniu i na sobie.

AF: Podobno trzeba poświęcić 10 000 godzin przez 10 lat, by zostać mistrzem w jakiejkolwiek dyscyplinie. To prawie trzy godziny dziennie… Kupa czasu. Czy tak było też w Twoim przypadku?
K.S.: Nie ma jednego schematu, jednego złotego środka, którym każdy, kto rozpoczyna karierę, mógłby się kierować. I osiągnąć sukces. Jesteśmy różni – inaczej reagujemy na sytuacje, które zdarzają się nam w życiu. Każdy inaczej się rozwija. Ma inne cele. Sprowadzanie wszystkich do wspólnego mianownika, ustalanie, że przeznaczanie trzech godzin dziennie na trening zapewni sukces, nie ma sensu. Poza tym każda dyscyplina sportu ewoluuje, poszerza się wiedza na jej temat. My też ostatnio zmieniliśmy nasz plan treningowy o to, co dzieje się poza sportem. Dlatego teraz ważne jest nie tylko, co robimy na siłowni; duży nacisk kładziemy na kwestie pozatreningowe. Na odpoczynek, regenerację, aby być w pełni przygotowanym na kolejną sesję treningową.
 

AF: Ile rocznie oddajesz skoków – łącznie z treningowymi? 
K.S.: Tak naprawdę nigdy tego nie liczyłem... (śmiech). Właśnie dzisiaj w nocy wróciłem z obozu, na którym po raz pierwszy zacząłem zapisywać liczbę skoków, bo sam chciałbym wiedzieć, ile ich oddaję w ciągu roku. W tym momencie mogę jedynie stwierdzić, nawiązując do tego, co mówiłem o zmianie metod szkoleniowych, że obecnie skaczemy o połowę mniej niż dwa lata temu.
 

AF: Zmieniają się style skoków. Czy z ciekawości próbowałeś kiedyś skoczyć jak Wojciech Fortuna?
K.S.: Myślałem kiedyś o tym, czy dałbym radę tak skoczyć. Ale nie... Od początku uczyłem się skakać V. Mam to już tak wbite do głowy, wyćwiczone, że nie jestem w stanie zmienić prowadzenia nart. Nawet do tego stopnia, że jeżeli chcę poprawić choć odrobinę kąt prowadzenia narty, minimalnie zwęzić stopę w powietrzu, to kosztuje mnie to dużo wysiłku, nie tylko sportowego, ale i mentalnego.
 

AF: Jaki inny sport chciałbyś uprawiać?
K.S.: Leżenie? Jest taki sport (śmiech)? Lubię oglądać sport, kibicuję piłkarzom, siatkarzom, piłce ręcznej, wiele dyscyplin jest mi bliskich. Gdybym miał wybrać jedną, nie wiem, na którą bym się zdecydował...
 

AF: Co sądzisz o Eddiem Edwardsie*? To szaleniec, który na szczęście się nie zabił, czy wielki człowiek, który zrealizował swoje marzenia?
K.S.: Po części jedno i drugie. Z jednej strony, Orzeł miał w sobie dużo szaleństwa, ale z drugiej – determinację do spełnienia swoich marzeń. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w wieku 22 lat zaczął trenować skoki i skakał ze 100-metrowej skoczni. Z jednej strony – wariat, z drugiej – zrobił na mnie wrażenie.
 

AF: Lubisz Liverpool. Jak oceniasz pracę Jürgena Kloppa w FC Liverpool? Czy tak ekspresyjny, kontrowersyjny, wybuchowy człowiek mógłby być Twoim trenerem, gdyby znał się na skokach?
K.S.: Nie, nie mógłby... Skoro jednak sprawdza się jako trener piłkarzy, niech już tak zostanie.


AF: Jakie więc cechy powinien mieć dobry trener?
K.S.: Cierpliwość, wyrozumiałość, upór. Powinien mieć wizję rozwoju zawodników; tego, co chce z nimi osiągnąć. I potrafi ć im to przekazać. Mieć twardą rękę, ale też nie być tyranem. Uważam, że takie cechy ma obecny trener Stefan, który jest jednym z najlepszych trenerów w tej dyscyplinie.
 

AF: Jakie masz zdanie na temat punktacji za styl lotu i lądowania? Czy jest ona potrzebna? Czy oceny za styl nie hamują rozwoju skoków?
K.S.: Uważam, że noty za styl mają swoje uzasadnienie, bo każdy skoczek ma własną technikę. Tak samo każdy sędzia ma idealny dla siebie wzór skoku – jednemu nie spodoba się na przykład ułożenie dłoni, innemu nie będzie to przeszkadzało. Rzeczywiście, im dalszy skok, tym ładniej on wygląda. Dla nas też jest ważne, że nasz skok się podoba, ma pewną wartość w punktacji, że ma to odzwierciedlenie w ocenach sędziów.

AF: Z którymi sportowcami spoza swojej dyscypliny się przyjaźnisz? Chodzisz na ich zawody, spotykasz się prywatnie?
K.S.: Bardzo dobrze znam się z Mariuszem Wlazłym, z Kubą Giermaziakiem, oczywiście te kontakty się trochę pourywały, ale bywałem na ich meczach. Oni byli też na moich zawodach. Dzięki temu, że osiągnąłem pewien poziom sportowy, miałem okazję poznać mistrzów w swojej dziedzinie.


AF: Jaką masz jedną radę dla dzieci marzących o karierze sportowca? I dla ich rodziców?
K.S.: Nie ma jednej rady, złotego środka. Najpierw trzeba się zapisać do klubu sportowego (polecam Eve-nement w Zakopanem, którego jesteśmy współzałożycielami z małżonką), uzbroić w cierpliwość, mieć dużo samozaparcia i wiary we własne możliwości. A rodzicom radzę, aby nie próbowali zaspokoić swoich ambicji dzięki dzieciom, bo to zawsze się źle kończy. One mają przede wszystkim czerpać radość ze sportu, bo tylko tak mogą się tą pasją zarazić.
 

AF: Czy Kamil Stoch spędzi już święta w nowym domu?
K.S.: Zależy które (śmiech)... Te najbliższe obawiam się, że nie, chociaż mamy z żoną wielką nadzieję, że uda nam się spędzić w domu Święta Wielkanocne. Nie wywieramy jednak na sobie presji, bo każdy, kto budował dom, wie, że nie wolno się nastawiać w 100% na konkretny termin. To może nas „zgubić”, wywołać niepotrzebne ciśnienie.
 

AF: Wróćmy do tematu nowego domu... Budowa to nie lada wyzwanie. Potrzeba na to mnóstwo czasu, energii. To konieczność decydowania o każdym, najdrobniejszym szczególe. Ci, którzy przeszli przez ten proces, podkreślają, że podstawą jest być na budowie i pilnować jej. Codziennie. Kto sprawował pieczę nad budową Waszego domu? Kto podejmował decyzje np. o zakupie produktów?
K.S.: Wszystkie decyzje podejmujemy oboje z Ewą. Konsultujemy, pytamy siebie nawzajem, jak każde z nas to widzi. Mamy ludzi, którzy nam w tym pomagają, bo nie znamy się tak dobrze na budowie, materiałach. To jest nasza pierwsza budowa i mam nadzieję, że ostatnia. Współpracujemy też z firmami, takimi jak ATLAS, korzystamy z wiedzy tych, którzy mają doświadczenie.
 

AF: Czy firmy budujące dom się sprawdziły? To zawsze jest bolączka przy budowie...
K.S.: Owszem, zdarzały się kryzysy... jak to zwykle bywa. Coś się przeciągnie, ktoś się z czymś spóźni, ekipa musi iść, my musimy czekać itd. Nic nie można zaplanować. I mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nic mnie tak nie nauczyło cierpliwości, jak właśnie budowanie domu. Natomiast jeżeli chodzi o ludzi, którzy go budowali od początku do tego momentu, to mieliśmy naprawdę dużo szczęścia. Każda ekipa zasługuje na brawa. Trafi liśmy na cudownych pracowników i naprawdę im dziękujemy za to, co zrobili. Oczywiście, nie za darmo...


AF: Gdzie będzie serce domu?
K.S.: Tam, gdzie my będziemy przebywać. Po prostu.


AF: A jak spędzisz sylwestra? Po raz kolejny na sportowo? Z tymi samymi ludźmi, w tym samym miejscu?
K.S.: Taką mam nadzieję. Tak jak ja i kibice sobie tego życzymy. W tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, ale to jest zawsze dobry sylwester. Oczywiście, marzy mi się, aby go spędzić jak normalny człowiek, gdzieś wyjechać, ale na to chyba trzeba jeszcze poczekać.


AF: Jak widzisz siebie po zakończeniu kariery? Jako trenera? Działacza? Dziennikarza?
K.S.: Chciałbym móc dalej realizować dzieło, które tworzę z żoną, czyli nasz klub sportowy, przekazywać swoją wiedzę dzieciom, które zaczynają przygodę z nartami. Najważniejsze jest dla mnie, aby nie zatracić poczucia radości z tego, czym się zajmuję. A potem zobaczymy, jakie będę miał możliwości... Wiem na pewno, że jeżeli przestanę skakać i będę chciał czynnie uczestniczyć w rozwoju klubu sportowego, to będę uczył się od naszego trenera Andrzeja Zaryckiego. On radzi sobie z dziećmi rewelacyjnie. Sam też bywam na treningach, spotykam się z dzieciakami i podpowiadam im.


AF: Ostatnie pytanie. Pracujemy ze sobą już prawie 3 lata. Co najbardziej pamiętasz, jeżeli chodzi o naszą współpracę?
K.S.: 3 lata... (śmiech).


AF: Ale robiliśmy mnóstwo ciekawych, mam nadzieję, że również dla Ciebie, projektów...
K.S.: Tak, i każdy projekt to wyzwanie. Oryginalne, nietuzinkowe, pozwalające mi się sprawdzić w nowej sytuacji. Przez te 3 lata współpracy poznałem też ATLASA z innej strony, nie tylko jako instytucję, która chce się rozwijać jako marka. Jest to firma tworzona przez ludzi i dla ludzi. To, co mi utkwiło w głowie, to sytuacja podczas Pucharu Świata w Zakopanem, kiedy trybuna była pełna kibiców w czapkach z logo ATLAS. Wyglądało to niesamowicie. To pokazuje siłę tej firmy, jej filozofię mówiącą, że nie wszystko opiera się na pieniądzach, pędzeniu w nowoczesność. Dużo tkwi w ludziach.

* Edwards zwany Orłem to żywa legenda skoków narciarskich, najgorszy skoczek w historii. Zaczął uprawiać tę dyscyplinę dopiero w wieku 22 lat. Swoje marzenia spełnił, biorąc udział w igrzyskach w Calgary w 1988 roku. W Kanadzie, w konkursach na skoczniach K-70 i K-90, zajmował ostatnie miejsca, ale swoją charyzmą i odwagą zyskał sobie przychylność i miłość kibiców z całego świata. Cierpiał na poważną wadę wzroku; grubych szkieł nie zdejmował nawet podczas skoków.


Artykuł ukazał się w magazynie ATLAS fachowca, numer 4 grudzień 2017 (30)

 

Kategoria 

Nasi partnerzy